Dach - katastrofa budowlana

W ostatnią sobotę stycznia 2006 r. na uczestników targów hodowców gołębi runął dach katowickiej hali wystawienniczej. Na skutek katastrofy śmierć poniosło ponad sześćdziesiąt osób. Wkrótce na skutek obciążenia śniegiem zawaliło się kilka innych dachów. Czy to wina projektantów, administracji tych obiektów czy śniegu? A może przyczyny są bardziej złożone?

Mariusz Piszczek, mgr inż. budownictwa lądowego

Redakcja: Bezpośrednio po zawaleniu się dachu hali targowej rozpoczęły się spekulacje, których celem było ustalenie przyczyn oraz osób odpowiedzialnych za tę tragedię. Jedne z pierwszych głosów winę zrzucały na ilość śniegu zalegającego na dachu.

Mariusz Piszczek, mgr inż. budownictwa lądowego: Przyczyn zawalenia się tej hali należy szukać gdzie indziej. Oczywiście obciążenie śniegiem miało tu duże znaczenie, ale tylko wówczas, gdy sprawę potraktujemy powierzchownie. Z całą pewnością eksperci po zapoznaniu się ze zgromadzonymi materiałami będą w stanie ustalić, co było przyczyną tej katastrofy. Jednak w moim odczuciu bezpośrednią przyczyną zawalenia się tej hali na pewno nie był śnieg.

R: Jeśli tragedii nie jest winna pogoda to zostaje nam zespół projektowy, nadzór budowlany i administrator obiektu. W którym miejscu popełniono błąd?

MP: Przyczyn, które złożyły się na tę katastrofę jest kilka. Moim zdaniem najważniejsze i rodzące podobne zagrożenia wynikają z ustawy o zamówieniach publicznych. Uogólniając można powiedzieć, że spośród wszystkich członków biorących udział w przetargu i spełniających określone wymagania najlepszy jest zawsze ten, który jest najtańszy. Zarówno w sferze projektowej, jak i wykonawczej. Każdy z nas wie jednak, że to co tanie nie zawsze jest dobre, a Polaków nie stać na taniznę. To wszystko odbija się z kolei na jakości wykonania takich czy innych usług. Jeśli wykonawca chce wygrać przetarg, musi być najtańszy. A to oznacza oszczędności na materiałach, specjalistach i wszystkim tym, na czym da się oszczędzić.

R: Jest jednak projektant, który określa co i z czego ma być zbudowane.

MP: To też tylko teoria. Dziś już wiadomo, że projektanci, którzy projektowali - czy może lepiej adaptowali tą halę do naszych warunków – nie mieli uprawnień. Ktoś im po prostu podbijał pieczątki na projekcie. To jest nagminny proceder i wielka bolączka branży budowlanej – tak jest, choć tak być nie powinno. Zaczyna to się w momencie, w którym młody człowiek kończy studia i trafia na mur, którego najczęściej nie daje się przebić. Nikt nie chce ich przyjąć na praktykę na budowę, czy do biura projektów. W tym momencie zdesperowany młody człowiek zaczyna kombinować – załatwia np. zaświadczenia o odbytych praktykach. Człowiek taki później trafia do pracy nad projektem i podczas tej pracy może popełnić błąd. Za taką czy inną kwotę projekt jest podbijany przez kogoś kto odpowiednie uprawnienia posiada, przy czym najczęściej projektu takiego nie sprawdza. To, że tak się dzieje nie jest żadną tajemnicą, choć oficjalnie o tym się nie mówi. I to jest to najtańsze rozwiązanie. Jak mam odpowiednie uprawnienia i pieczątkę, mam firmę. Jeśli wygram przetarg mogę zatrudnić po najniższych kosztach ludzi bez uprawnień, część studentów, kogoś kto będzie nadzorował projekt. Im mniej im zapłacę, tym bardziej atrakcyjna w oczach organizującego przetarg będzie moja firma. Jakie mogą być efekty takiego stanu rzeczy łatwo sobie wyobrazić. Już dziś wiadomo, że nad firmą, która wygrała przetarg na wykonanie hali wisiało widmo upadłości.

R: Ale jest jeszcze organ, który wydaje pozwolenia na budowę. Jeśli zdarzy się tak, że projektant popełni błąd, to czy nie powinien on być wychwycony na kolejnych etapach?

MP: Teoretycznie kontrola urzędu jest po to, by wychwycić ewentualne błędy i nie dopuścić do budowy, jeśli projekt nie jest zgodny z wymogami prawa budowlanego. W praktyce sprowadza się jedynie do sprawdzenia kompletności branż w projekcie i podbijaniu pieczątek. Z własnego doświadczenia wiem, że pozwolenia na budowę dostają projekty, w których obliczenia konstrukcyjne nie mają żadnego związku z częścią architektoniczną. Wygląda to tak, jakby były zapożyczone z zupełnie innego projektu. Sytuacja taka ma bardzo często miejsce w przypadku domów jednorodzinnych. Nie chcę uogólniać, ale kontrola projektów w urzędach to jedna wielka fikcja – nikt nie robi tego rzetelnie. Nie ma też odpowiedzialności za wydanie pozwolenia na budowę obiektu, w którego projekcie są błędy. Prawo budowlane stanowi, że za błędy projektowe odpowiedzialny jest projektant.

R: Każdy budynek użyteczności publicznej podlega jeszcze okresowym kontrolom. Do wiadomości publicznej podano, że z elementów konstrukcyjnych katowickiej hali wypadały jakieś nity, że z dachu leciała woda. Gdyby zagrożenie było realne, to czy kontrola taka nie powinna go wykryć?

MP: Nie chciałbym uogólniać, bo to nie jest reguła, ale często kontrola okresowa takich obiektów to fikcja. Procedura kontroli wygląda często tak, że kontroler siada wygodnie w biurze i podbija pieczątki w odpowiednich dokumentach. Często nawet nie widzi obiektów, które kontroluje – właściciel obiektu ma spokój a przeprowadzający kontrolę oszczędza swój czas. Przybicie pieczątki trwa znacznie krócej niż dokładne przestudiowanie stanu technicznego budynku. Takie awarie, które mogą spowodować katastrofy podobne do tej, która miała miejsce w Katowicach nie zdarzają się co dzień. Ten proces musiał trwać, a nadmierne obciążenie śniegiem, w wyniku zaniedbania przez zarządcę jego obowiązków, zrobiło swoje.

Oceń artykuł
4,50 / 4 głosów
Co sądzisz na ten temat
Zaloguj się i skomentuj pierwszy
Polecamy Ci również

Zobacz także